Sprawy SKWK:

Wisła World Tour: Birmingham
Wpisany przez redakcja   
środa, 05 grudnia 2012 23:08

alt

W trzecim odcinku tworzonej przez Was serii „Wisła World Tour” przeniesiemy się na ubiegłotygodniowy mecz ligi uważanej przez niektórych za „wzorową”. Jaki panuje tam klimat? Jak wygląda doping? Czy w jakikolwiek sposób przypomina ten znany nam z R22? Zapraszamy do lektury!

Pomysł na to żeby zobaczyć na żywo mecz angielskiej ekstraklasy przyszedł do głowy w zasadzie automatycznie przy planowaniu wypadu do znajomych do Anglii.  I to bynajmniej nie ze względu na wysoki poziom wyspiarskiej piłki. Osobiście byłem bardzo ciekawy jak bardzo „spikniczone” są trybuny w – było nie było – ojczyźnie futbolu. Jak się później okazało – bardzo, ale o tym za chwilę. Zakup biletów nie stanowił najmniejszego problemu, pierwsza lepsza strona, która wyskoczyła w wyszukiwarce daje taką możliwość, wystarczy wybrać miejsce, podać adres do wysyłki i przelać niezbyt wygórowaną jak na angielskie standardy sumkę. Ogólnie pobyt w Birmingham wypadł bardzo pozytywnie, pomimo niespecjalnej urody miasta, drogiego browara, o gorzale już nie wspominając. Ale przechodząc do sedna. Na stadion wybraliśmy się ok. 1,5 godziny przed meczem z racji suchego gardła i potrzeby spełnienia obietnicy danej koledze w PL, czyli zakupieniu jakiegoś klubowego gadżetu. W autobusie natknęliśmy się na kilkunastu mniej lub bardziej ubarwionych „kiboli”, głównie koszulki (oczywiście meczowe) + czapeczki, szaliki. Ja i kolega w czapkach Wisły, o dziwo, wzbudziliśmy pewne zainteresowanie, które nasiliło się podczas spożywania napoju bogów pod Tesco, jednak na przeciągłych spojrzeniach na czoła się skończyło. Jako że trochę czasu tam spędziliśmy, mieliśmy doskonałą okazję przejrzeć sobie profil angielskiego kibica i… nie wypatrzyliśmy żadnego potencjalnego przedstawiciela sekcji sportowej, 100% wzorowi obywatele. Przy tej okazji rzucała się w oczy jeszcze jedna rzecz, która dla polskiego kibola jest po prostu niewiarygodna – kibice przyjezdni poruszający się bez najmniejszego problemu wśród miejscowych, oczywiście w barwach. Właściwie wygląda to tak, że przyjezdni przyjeżdżają sobie i kupują bilet na sektor gości w kasie na stadionie. Serio. Po nawodnieniu ruszyliśmy w kierunku stadionu, gdzie uwagę przykuwała ogromna ilość punktów z wszystkim, co najbardziej niezdrowe, oczywiście tłumnie okupowana przez wygłodniałych fanów. W tym miejscu trzeba też wspomnieć o tym, że ani po drodze, ani wokół stadionu nie napotkaliśmy ŻADNEGO policemana, a nawet jak gdzieś byli, to zdecydowanie nie narzucali swojej obecności. Przed wejściem na stadion skoczyliśmy jeszcze do „club store’a”, który w zasadzie zamiast klubowy sklep powinien nazywać się klubowy hipermarket. Oczywiście nie ma sensu porównywanie tego do naszej szarej rzeczywistości, ale naprawdę robiło wrażenie, szczególnie ilość ludzi którzy się tam przewijali. Taak… a więc tak wygląda profesjonalny marketing. Wchodzenie na stadion odbyło się bez żadnych problemów (no może oprócz niesamowicie wąskich przejść przy kołowrotkach) i absolutnie żadnej kontroli. Później nudząc się na trybunie zastanawialiśmy się jak to możliwe, przecież piro i inne przysmaki można by było wnosić tonami. Doszliśmy do wniosku, że kilkanaście tysięcy funtów kary i dożywotnie zakazy stadionowe po prostu skutecznie wybijają Angolom z głowy jakiekolwiek zabawy. Pomimo tego, że weszliśmy tuż przed pierwszym gwizdkiem, stadion nie był jakoś specjalnie wypełniony. Historie o komplecie na każdym meczu, przynajmniej w przypadku Aston Villi można więc wsadzić między bajki. Inna sprawa, że trafiliśmy po prostu na jeden z najmniej atrakcyjnych meczów, ale trochę ponad 28 tys. na ponad 42-tysięcznym stadionie to w Anglii poniżej średniej. Sektor gości subtelnie zapełniony w dolnej części, co ciekawe część z fanów Reading stała cały mecz, co w angielskich realiach podchodzi już pod ultraskę. To samo dotyczy miejscowych. Jedna z trybun za bramką zdaje się próbowała stanowić młyn, co fanatyczni Angole podkreślili jedną (jedyną na całym stadionie) flagą „The Holte End – 12th man” oraz staniem części kibiców przez chyba cały mecz. Celowo podkreślam to stanie, bo już przed meczem po odebraniu biletów i zapoznaniu się z ciekawości z regulaminem stadionowym natknęliśmy się na wyróżnione zdanie pogrubioną czcionką: „Villa Park is an all-seater stadium. Persistent standing is not allowed”. Oczywiście u nas stanie teoretycznie też jest zabronione, ale w Anglii te słowa brzmią jakoś dziwnie dosadnie. Poniżej zdjęcie „fanatyków”:

alt

Sektor gości (granicę stanowi rząd stewardów):

alt

Bardzo chcieliśmy się dopatrzyć jakiejś interakcji między miejscowymi a gośćmi, ale oprócz wymachiwania rękami nic się nie działo. Zwiększone stężenie pomarańczowych w narożniku to chyba po prostu dmuchanie na zimne. I na koniec najbardziej interesująca mnie część… doping. A raczej jego praktycznie całkowity brak. To nie jest tak, że na stadionie w Anglii jest całkiem cicho, w żadnym wypadku. Prawie przez cały czas jest głośno… ale to dzięki temu, że kibice śledzą każdy ruch piłkarzy. Każde dobre podanie to mniejsze czy większe, ale oklaski, każda strata wielkie „och!”. Trybuny żyją, ale w ścisłym połączeniu z wydarzeniami boiskowymi. Nie byłem na żadnym innym stadionie w Anglii, ale na Aston Villi akustyka jest po prostu fenomenalna. Zwarta konstrukcja + wielki kawał blachy nad każdą z trybun daje naprawdę dobre efekty. Każdy, kto był w Gliwicach wie, o czym mówię, tylko że tutaj działa to w 4 razy większej skali. Tylko że ten potencjał nie jest wykorzystywany, bo typowego śpiewu jest naprawdę mało, a nawet jeżeli już jest to przez dosłownie kilka sekund a potem nie „wygasa” tylko urywa się jak na komendę. Wszystko wychodziło od wspomnianego już wcześniej Holte End, jednak oprócz zrywu po bramce nie rozprzestrzeniało się za bardzo na resztę stadionu. Potęgę akustyki odczuliśmy pod koniec meczu, kiedy wpadła bramka, a także w trakcie kilku następnych minut. Cóż… przy pełnym stadionie i korzystnym wyniku od początku meczu pewnie byłoby grubo. Goście na początku dość głośno, jak na taką liczbę, zaznaczali swoją obecność, ale później było już tylko gorzej aż do całkowitej ciszy. Na koniec uwagę zwróciło też tempo, w jakim prawie 30 tysięcy ludzi opuściło stadion. Przyzwyczajeni do tempa z Sektora C przy R22 byliśmy zaskoczeni. Trzeba zaznaczyć, że nie był to ani mecz jednego z najlepszych angielskich klubów, ani nawet jeden z najlepszych na samej Aston Villi, ale potwierdził on moje przypuszczenia o realiach angielskiego dopingu… Dla fanów piłki nożnej idealnie – momentami (bardzo) głośno, ale fanatyzmu w tym nie ma ani trochę. Do zobaczenia na kibicowskim szlaku!

 

Czekamy na opisy Waszych eskapad na obce stadiony! Jeśli chcecie podzielić się z Wiślacką Bracią swoimi opowieściami, nadsyłajcie je na adres: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

 

 
Komentarze   

#6 Mac » 2012-12-14 19:00

A na wyjazdy jeżdżą nawet babcie z wnukami :lol:

Mac

#5 TSkibic » 2012-12-07 17:38

Oby w Polsce do tego nie doprowadzili...

TSkibic

#4 gg » 2012-12-07 16:07

Byłem na 4 meczach West Ham w tym na derbowym z Arsenalem i było bardzo podobnie. W Angli na większości meczach nie ma dopingu tylko przeżywanie meczu czyli to co pisał kolega powyżej oklaski, podniecanie się dobrą akcją itp. A jak już śpiewają to trwa to niedłużej niż minutę...Wpoili ludziom że tam się przychodzi bardziej jak do teatru - boję się że tak kiedyś może być w Polsce...

gg

#3 TSTSW » 2012-12-06 17:45

Świetna pomysł na te relacje !!!

TSTSW

#2 LondynekSol » 2012-12-06 12:34

'No może oprócz niesamowicie wąskich przejść przy kołowrotkach'

Potwierdzam ze podobne sa na Chelsea ,a juz nie wspomne o Fulham jak byl mecz w Europa Legue ;p

LondynekSol

#1 Pińczów » 2012-12-06 03:51

zgadzam sie gdyz bylem a na ostatnim to manchester city vs borussia i jedna wielka kapa na angielskich meczach

Pińczów

Dodaj komentarz

Redakcja SKWK.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie KibiceWisly.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "troling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp.
Kod antysapmowy
Odśwież