Sprawy SKWK:

Wisła World Tour: Nowy Jork
Wpisany przez Grzesiek   
czwartek, 08 listopada 2012 02:29

alt

Ostatnie wakacje miałem okazję spędzić po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego. Głodny sportowych wrażeń postanowiłem posmakować atmosfery amerykańskich trybun. Jako że wówczas sezon NFL jeszcze się nie zaczął a terminarz MLS nie był mi na rękę, wybór dyscypliny został ograniczony do jednej opcji.

Baseball. Najbardziej amerykański ze wszystkich sportów. Poza Stanami właściwie nieistniejący (na dużą skalę, rzecz jasna). Co prawda Wielka Brytania i jej byłe kolonie, czyli Indie i RPA, pasjonują się krykietem, na którego zasadach baseball się opiera, ale wersja jankesów nie cieszy się tam wielką popularnością. Wydaje się, że jedynie graniczące z USA Meksyk i Kanada oraz zapatrzona w kulturę Stanów Japonia uderzają w piłkę kijem na profesjonalnym poziomie. W Polsce istnieją ligi baseballowe, chociaż kluby znane są jedynie prawdziwym pasjonatom (jakbyście się zastanawiali: mistrzem Ekstraklasy są Gepardy Żory, które pokonały w finałach Dęby Osielsko). Bardziej o istnieniu tego sportu gdzieś tam, w odległym kraju za wielką wodą, świadczą czapki, których właściciele często nie zdają sobie sprawy, co oznaczają symbole nad ich daszkami (a jeśli jednak się mylę i ci ludzie naprawdę są fanami bostońskich Red Sox albo Atlanty Braves, to przepraszam, że ich tak potraktowałem).

Nowy Jork to miasto pełne… wszystkiego. Ponad 8 milionów mieszkańców. Mieszanka narodowości, języków i ras z całego świata reprezentująca różnorodną kulturę, wartości i przekonania.  Mała Italia, polski Greenpoint, czarny Harlem, Chinatown – wiele państw w jednym mieście. Ich historię, historię całego świata można podziwiać w licznych muzeach i galeriach, rozsianych po całej tej ogromnej metropolii. Dolny Manhattan to stolica światowego biznesu; górny – snobizmu. Dokoła gwiazdy kina, performerzy i piosenkarze, a obok: „wyprowadzacze” psów, szoferzy i pokojówki; alfonsi, żebracy i narkomani pośród biznesmenów, dyplomatów i maklerów. Tak jak i w innych dziedzinach, tak i w nowojorskim sporcie  panuje duża różnorodność. Każdy z tych najpopularniejszych sportów drużynowych ma swoich przedstawicieli. Fani futbolu amerykańskiego dzielą się na tych związanych z Gigantami i Jetsami. W NBA grają Knicks a od tego sezonu także Netsi z Brooklynu. Z kolei kibice „soccera” mogą z trybun oglądać popisy Thierry’ego Henry i jego kolegów z Red Bulls (amerykańska piłka nożna dużo zawdzięcza także drużynie New York Cosmos, uczestniczącej w rozgrywkach ligi w latach 1971-1984. Jej szeregi zasilały takie gwiazdy jak Pelé, Franz Beckenbauer i Giorgio Chinaglia). Jeśli zaś idzie o baseball, to miasto może pochwalić się dwiema drużynami: Jankesami i Metsami.

alt

New York Yankees to bez wątpienia najbardziej znana drużyna Major League Baseball. Ich logo, czyli skrzyżowane literki „N” i „Y”, kojarzy chyba każdy. Założeni w 1901. roku w Baltimore są dziś najbardziej utytułowanym zespołem MLB, mając na koncie 27 tytułów mistrzowskich World Series. Nie ukrywam, że jak już zadecydowałem o pójściu na mecz, chciałem iść właśnie na Jankesów. Los sprawił jednak, że akurat w czasie mojego pobytu w Nowym Jorku wszystkie mecze grali akurat na wyjeździe. Zamiast na Bronx, udałem się na Queens.

alt

Tam swoje mecze rozgrywają Metsi. Drużyna została założona w 1962. roku, by wypełnić miejsce po Dodgersach, którzy przenieśli się z Brooklynu do Los Angeles oraz Gigantach, którzy ze wschodu przeprowadzili się na zachód, do San Francisco. W ciągu swojej pięćdziesięcioletniej historii zdobyli 2 tytuły Mistrzów World Series. Pewnego niedzielnego popołudnia nowojorczycy podejmowali Atlantę Braves. Obydwa zespoły grają we wschodniej dywizji National League i akurat były w trakcie trójmeczu (w sezonie regularnym każda drużyna rozgrywa aż 162 mecze. Zespoły mecze między sobą grają seriami). Po dwóch porażkach Metsów w piątek i sobotę, ja i moje towarzyszki podróży mieliśmy nadzieję na przebudzenie nowojorskiej drużyny i wygraną.

alt

Stadion Metsów, Citi Field, mieści się we Flushing. Ten nowy, otwarty w 2009. roku, obiekt może pomieścić blisko 42 000 widzów. Z dala od zgiełku i drapaczy chmur Manhattanu stadion wpisuje się w jedyny w swoim rodzaju krajobraz Queens. Jako że nie spodziewaliśmy się tłumów na meczu, bilety postanowiliśmy nabyć na miejscu, na około godzinę przed rozpoczęciem spotkania. Pomimo sporej ilości chętnych na kupno wejściówek, otwartych kilkanaście kas zapewniało płynność ruchu. Ceny wahały się od dziesięciu do kilkuset dolarów za „normalne” wejściówki (tzn. bez żadnych VIP-owskich dodatków, takich jak impreza z zawodnikami albo miejsce z jacuzzi). Amerykańscy studenci mogli liczyć na zniżki, popularnością cieszyły się także zestawy „bilet + hot-dog + frytki + napój” (jedzenie to chyba najlepsza zachęta dla Amerykanina, by wybrał się na mecz). Wokół stadionu mnóstwo stoisk z pamiątkami, jeszcze więcej punktów z hot-dogami i popcornem. Nad stadionem – sterowiec, który na gigantycznym telebimie na jednej z burt wyświetlał reklamy. Wejście przebiegało sprawnie, torby podlegały przeszukaniu, ale nie było to zbyt „nachalne”. Kiedy sprawdzono nam bilety, otrzymaliśmy w prezencie Eko-torby z okazji 50-lecia Metsów. Podobny upominek dostało pierwsze 25 000 widzów, a dokładnie rzecz ujmując: 24 811, bo dokładnie tylu tego dnia odwiedziło Citi Field.

alt

Po minięciu bramek weszliśmy do Rotundy Jackiego Robinsona. Zawodnik Brooklyn Dodgers, Jackie Robinson, był pierwszym czarnoskórym graczem MLB. Samo pomieszczenie zostało uroczyście otwarte w kwietniu 2009. Wyróżniającym się elementem jest podświetlany trzymetrowy numer „42” – numer, z którym Robinson grał i który został zastrzeżony przez ligowe władze. Z rotundy można skierować się do sklepiku klubowego, gdzie różnorodność gadżetów mogła przyprawić o zawrót głowy (można było znaleźć prawdziwe „perełki”, jak chociażby dywanik do samochodu z logiem Mets; misek dla psów nie widziałem, ale całkiem prawdopodobne, że były) a także do muzeum, gdzie obok mistrzowskich pierścieni z 1969. można było zobaczyć oryginalne krzesełka z pierwszego obiektu Metsów, Polo Grounds. Po oglądnięciu eksponatów, udaliśmy się w kierunku naszych miejsc. Jako że wybraliśmy jedne z tańszych wejściówek, siedzieliśmy na najwyższej kondygnacji. Tam można było się łatwo dostać, używając schodów ruchomych (można powiedzieć: „Ameryka, a jakże” i wyśmiać leniwych i otyłych Amerykanów, którzy unikają wysiłku fizycznego jak mogą, ale warto także zwrócić uwagę, jak duże jest to ułatwienie dla niepełnosprawnych). Promenada okalająca boisko pełna jest sklepików oraz – przede wszystkim – punktów gastronomicznych. Choć ich nie liczyłem, to zaryzykuję, że jest ich tam więcej niż wszystkich knajp i kebabów na krakowskim Rynku i dochodzących ulicach. Hot-dogi, hamburgery, kuchnia włoska, chińska, dania wegetariańskie albo koszerne – raczej nie będziemy mieli kłopotów ze znalezieniem posiłku, na który akurat mamy ochotę. Co znamienne dla jadłospisów w Stanach, bardzo często obok ceny można zobaczyć, jak bardzo kaloryczne jest danie. Patrząc na obłe kształty mieszkańców USA można zapytać, po co im ta wiedza? Może ma to coś wspólnego z uspokajaniem sumienia… Podobnie jak picie napojów gazowanych „light”. Bez najmniejszego problemu nabędziemy także piwo, typowo amerykańskiego „Budweisera”. Nasze miejsca, jak już zostało wspomniane, były położone wysoko. Odległość od boiska była na tyle duża (nie wyczuwało się jej; pewnie dlatego, że stadion Metsów jest dość stromy, porównując go z rodzimymi obiektami piłkarskimi), że nad naszymi głowami umieszczony był monitor z transmisją „na żywo” tego meczu na ESPN.

alt

Chociaż nijak nie da się porównać atmosfery panującej na polskich stadionach do tej z amerykańskich aren baseballowych, trzeba przyznać, jak klubom zależy na fanach i jak bardzo o nich dbają, zapewniając im liczne atrakcje. Składy przed meczem wyczytywał szczęśliwy posiadacz całosezonowego karnetu (81 meczów u siebie… Ciekawe, ile go to kosztowało). Siedział na miejscu etatowego spikera, w budce komentatorów, co można było zobaczyć na wszystkich telebimach na stadionie, skąd w stylu Tracy’ego Morgana rzucał kolejnymi nazwiskami swoich ulubieńców. W przerwach meczu (czyli praktycznie co kilka minut) maskotka zespołu, Mr. Met, razem z cheerleaderkami rzucali w trybuny koszulki Metropolitan, używając do tego wyrzutni ze sprężonym powietrzem. Między kolejnymi inningami miały miejsce konkursy z nagrodami, takimi jak bilety na następne spotkanie, dwudniowy pobyt w Atlantic City, albo zniżki na kupno aut Toyoty. Pamiętano także o najmłodszych. Dzieciaki mogły spróbować zagrać w „trzy kubki” na telebimie albo po prostu sprawdzić swoją wiedzę na temat Metsów. Ciekawy był konkurs, w którym uczestnik stawał za jedną z kamer i miał kilkadziesiąt sekund na znalezienie i wykadrowanie schowanego gdzieś na trybunach Mr. Meta.

alt

Wydarzenia na boisku schodzą zwykle na dalszy plan. Ludzie są zajęci rozmowami, pisaniem SMS-ów, sprawdzaniem Facebooka i… jedzeniem. Oprócz setek punktów gastronomicznych na promenadzie, pomiędzy sektorami krążą sprzedawcy hot-dogów, precelków, waty cukrowej, piwa, chipsów i innych zdrowych przekąsek. Nie ma się więc co martwić, jak skończą się nam frytki – zaraz „podejdą” nowe. Nie da się inaczej opisać takiego meczu, jak „festiwal amerykańskości”. Dodać trzeba bowiem wzniosłe i patriotyczne momenty. Do takich zaliczymy hymn, śpiewany przed rozpoczęciem meczu oraz uhonorowanie weterana. W czasie jednej z przerw na telebimach wyświetlone zostało zdjęcie żołnierza, który walczył podczas wojny w Korei. Chwilę później na telebimach oglądaliśmy ujęcie na obecnego na meczu tego samego żołnierza, o kilkadziesiąt lat starszego. Otrzymał od miotacza Chrisa Younga flagę Stanów Zjednoczonych; następnie wszyscy powstali i odśpiewali „Boże błogosław Amerykę”.

alt

Wypada poruszyć także kwestię „kibicowską”. W zasadzie nie ma o czym mówić. Doping polegał jedynie na okrzykach „Let’s go Mets” albo „Charge!”, jeśli te wyświetlały się na tablicach („ultras karaoke”!). Nie brakowało też klaskania do rytmu melodyjek wygrywanych przez organki i spontanicznych okrzykach i oklaskach, jeśli Metsi zdobywali kolejne bazy albo zapobiegali zdobyciu tychże baz przez graczy Atlanty. Ciekawie było pod koniec, gdy nagle nowojorczycy utracili przewagę, którą zdobywali przez 7 inningów. W końcu było widać, że baseball jest w stanie wyzwolić wśród zgromadzonych emocje. Fanów Braves nie brakowało, byli rozsiani po całym stadionie, nie kryjąc się zupełnie ze swoimi sympatiami. Amerykanie to najbardziej mobilny naród na świecie, zmieniają miejsce zamieszkania średnio trzy razy w życiu. Nie dziwi więc obecność licznych mieszkańców Georgii, którzy jakiś czas temu przeprowadzili się do Nowego Jorku.

alt

Metsi wygrywają 6:5. Obiekt szybko pustoszeje; trybuny przypominają pobojowisko po wielkiej bitwie na jedzenie. Część widzów odjeżdża spod stadionu samochodami, reszta idzie na metro. Z każdym kolejnym przystankiem w kierunku centrum, ścisk w wagonach ustępuje. W końcu wychodzimy na Times Square, by świętować wygraną „naszej” drużyny.

alt

G.

 

Jeśli chcecie podzielić się z wiślacką bracią swoimi wspomnieniami z podróży w poszukiwaniu sportowych wrażeń - piszcie śmiało na Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ! Co środę będziemy publikować Wasze teksty!

 

 
Komentarze   

#1 Michal1906 » 2012-11-08 10:22

Bardzo fajnie poczytać takie relacje:)

Michal1906

Dodaj komentarz

Redakcja SKWK.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie KibiceWisly.pl zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, wypowiedzi nie związane z tematem artykułu, "troling", sformułowania obraźliwe w stosunku do innych czytelników serwisu, osób trzecich, klubów lub instytucji itp.
Kod antysapmowy
Odśwież